środa, 15 czerwca 2016

[ THAILAND PART I ] Wszystkie smaki Chiang Mai


1 stycznia spędziłam w samolocie.

Mówią, że jaki początek roku taki cały rok. Trzymam kciuki, bo póki taki właśnie jest. Staram się odwiedzić nowe miejsce co miesiąc i na chwilę obecną nieźle mi idzie.

Pierwsza wyprawa z plecakiem do Tajlandii. Pierwsza podróż tak daleko.  23 godziny. Tyle w sumie trwała przeprawa do Tajlandii. London Heatrow - Pekin - Chiang Mai. Zmęczenie? A gdzie tam! Ekscytacja i szczęście rządziło! Uderzam w nieznane dla mnie zakątki! I pomimo tego, że przed wyjazdem przewertowałam masę stron www i kartek przewodnika to i tak nie wiedziałam czego się spodziewać na miejscu. Każdy odbiera i chłonie wszystko inaczej. Pekin przywitał mnie smogiem. Zero widoczności, nie było opcji podziwiania miasta z góry. Nic nie widać, a do tego jeszcze szaro, buro i zimno. Temperatura minusowa. Wysilasz oczęta aby dostrzec cokolwiek ale jesteś na straconej pozycji. Pekin skrył przede mną swoje tajemnice. Next time... Pięć godzin overstopa na lotnisku, odpoczynek na "stand by'u" na wygodnych-niewygodnych siedziskach przed tajską przygodą... Yeeee, lubię to!

Chiang Mai. 
Mam niecałe dwa dni. Słońce świeci od rana do wieczora, żar niesamowity leje się z nieba. "Brakowało mi tego... o Tak." - myślę sobie i wystawiam facjatę do ciepła, ale po kilku godzinach szwendania się po mieście w takich temperaturach powolutku rosła tęsknota za chłodem. Dookoła zieleń, kwiaty, uśmiechnięci Tajowie, kolorowe owoce i warzywa na tuk-tuk'owych straganach. "Tuk-tuk miss cheap, cheap" słyszę co rusz mijając starszych bezzębnych Tajów lub młodzieniaszków ze smartphone'ami w dłoni. Spodenki i klapki - best Thai outfit ever! Czy zdajecie sobie sprawę przez jakie męczarnie psychiczne i fizyczne przeszłam wskakując ponownie po dwóch tygodniach w spodnie i sweter??? Dla samych letnich fatałaszków mogłabym zamieszkać w Tajlandii. Cały dzionek w shortach i topikach, over and over... Wiosna już w UK, wiec nie jest najgorzej! Ale wróćmy do Chiang Mai. Przed wylotem wyczytałam na jakieś stronie, że miasto jest prawdziwym rajem dla wegan i wegetarian. A że w 90% żrę trawę ucieszyłam się jak dzieciak z tego newsa. Będzie wyżerka! Jeśli chcecie doświadczyć prawdziwego vegan food porn koniecznie kierujcie się na Chiang Mai. Potwierdzenie z pierwszej ręki!

Chiang Mai, jak wiele miast w Tajlandii, ma swoje dwa oblicza. O nocnym nie muszę się tutaj rozpisywać... Bo prawie każdy z Was wie jak po zmierzchu wygląda życie wielu tajskich "metropolii" (i nie tylko w Tajlandii...). Staram się nikogo nie oceniać. Każdy ma prawo żyć tak jak chce i robić to co chce. Wiem, że to temat ciężki, kontrowersyjny i dotykający wiele osób. Tajlandia nie od dziś słynie z seks turystyki. Wiedziałam o tym, słyszałam od poznanych w Danii Tajek, czytałam, widziałam w TV. Ale dopiero na miejscu dostrzegłam skalę tego "interesu". Widząc to na własne oczy, przyglądając się tym młodym dziewczynom które prowadzają się z mężczyznami dużo, dużo starszymi od siebie rosło we mnie zgorszenie i niesmak. Wiele  kobiet w Tajlandii jest zmuszana do okropnych rzeczy, wbrew ich woli. Jestem świadoma tego, że wiele kobiet mijanych na ulicach Chiang Mai, Bangkoku czy Phuket przymuszona górą robi to co robi, nie mając prawa wyboru... Niektóre robią to z przyjemnością, inne trafiły w sidła prostytucji, szantażu; inne dla dzieci i rodziny, dla poprawy sytuacji materialnej są gotowe zrobić wszystko... Jest pobyt, jest podaż. I nie wiem jak byśmy starali się świat zmienić, zawsze znajdą się osoby, które będą skutecznie niszczyć nasz każdy dobry uczynek.... 

Ta dość przytłaczająca rzeczywistość (dla mnie jako kobiety) stała się wręcz niewidzialna za dnia. Nie była tak widoczna, nie rzucała się w oczy, a kto wie może po prostu przestałam zwracać uwagę na to wszystko... 

Z hostelu, który był dla mnie domem przez te kilkanaście godzin, miałam niecałe 10 minut pieszo do centrum. Ulice Chiang Mai to totalny misz-masz. Kolory mieszają się z szarością obskurnych i zniszczonych domów. Pusty Burger King na rogu wymięka przy pełnej knajpie łamiącej zasady czystości i sterylności do granic możliwości. Czy jadłam tam? Oczywiście, że tak! Żarcie przepyszne. Mijam wszechobecne i wkurzające skutery, masę aut przewijających się przez ulice, bezpańskie psy i wałęsające się koty próbujące się o mnie ocierać, białe facjaty świeżo przybyłych turystów. Uśmiechnięte i pomarszczone Tajki zachęcające do kupna owoców w woreczkach. "Massage, massage miss. Very good price!" w głowie wypala mi ostatnie pokłady cierpliwości. Chłonę to miasto, chłonę słońce każdym milimetrem skóry. Wsłuchuje się w głosy miasta. W rozmowy niezrozumiałego dla mnie języka. Obserwuje ludzi. To jak się witają, jak gestykulują, uśmiechają, żyją. Na rogu znajduję stoisko ze świeżymi owocami i wciągam z marszu dwa fruit smoothies. Breakfast time! Uderzam w stronę świątyń. Każda inna, każda piękna, każda zadbana. Wat Phra Singh, Wat Chedi Luang, Wat Chiang Man. Czysto. Biura turystyczne pełne wycieczek, gdzie za kilkaset bahtów zobaczycie wioskę [czytaj "ludzki cyrk"] z kobietami o długich szyjach, możecie przejechać się na słoniu [ludziska opamiętajcie się!!!], uderzyć na trekking w dżunglę, wypożyczyć skuter i pośmigać po okolicach... Moje ograniczenie czasowe daje mi się we znaki. Odkładam na kolejny raz. Przecież nic nie ucieknie przede mną...

Co warto w Chiang Mai zobaczyć?
No jak to co - wszystko :) Na pewno warto się zgubić. W razie "w", mapa w kieszeni się przyda. Miasto jest bardzo łatwe do ogarnięcia, więc nawet żółtodziób sobie poradzi. Zajrzyjcie do wspomnianych wyżej świątyń. W każdą niedziele na placu przy świątyni Wat Chiang Man Tajowie rozkładają się z niesamowitym jedzeniem. Koniecznie tam zajrzyjcie! Tyle smakołyków, tyle dobroci, za malutką kasę. Warte uwagi są wszelakie markety rozsiane po Chiang Mai. Wieczorem w sobotę i niedziele tłum ludzi na Th Wualai przyprawi Was o zawrót głowy. Typowe nocne markety z tajskim street food na każdym kroku, straganami zapchanymi pamiątkami, koszulkami, zegarkami, okularami Ray Ban prosto z Chin, najnowszymi filmowymi produkcjami, torebkami od największych projektantów. Gra muzyka, jest wesoło i nieziemsko tłoczno. I wiecie co, jak chcecie ogarnąć to wszystko z boku to zaopatrzcie się w butelkę czegoś "wyskokowego" i żardełko, wyczajcie gdzieś spokojną miejscówkę przy kanale i poobserwujcie jak zachowuje się gatunek ludzki. Życzę miłej zabawy!

Prawdę mówiąc to Chiang Mai delikatnie liznęłam. Dosłownie. Za mało, za krotko, czuję niedosyt. Miejsce ponownie wędruje na moją bucket list, bo już po kilku godzinach wiedziałam że 48h to stanowczo za mało. Ale czego się spodziewać po dwóch tygodniach na tym różnorodnym i przepięknym kawałku ziemi?? Że niby będę miała dość, że nie będę chciała wracać, że mi wystarczy, że się przejem... Nie, nie, nie! Przez te niecałe dwa tygodnie rozpaliłam w sobie takie ogromne pokłady niesamowitej chęci odkrywania i poznawania tej kultury, że wkrótce tam wrócę. Tajlandio rozkochałaś mnie w sobie... Dziękuję Ci za to!

Chiang Mai moim okiem. Enjoy dear people!

































































Pociągiem nocnym przedostaliśmy się z Chiang Mai do Bangkoku...

Ale o tym już wkrótce!


Stay tuned.
Żaneta