wtorek, 22 lipca 2014

Islandia part VI | Wodospady, przechadzka po lodowcu i przeprawa do Þórsmörk


Już dobry miesiąc minął od podróży po Islandii, a ja w dalszym ciągu żyje wspomieniami. Raz większymi, raz mniejszymi, ale nie było by dnia abym o tym pięknym, magicznym kraju nie myślała, i nie zazdrościła {oczywiście pozytywnie} tym co teraz mają okazję przemierzać dzikie tereny krainy ognia i lodu.

Kolejne posty piszą się troszkę wolniej. Jestem teraz w Polsce, w rodzinnym domu. Jak wiadomo tutaj zawsze się coś dzieje. Niby wakacje, a nie wakacje... Ale wróćmy ponownie na Islandię.


Dzień V.
Przedostatni dla Sylwii, dla reszty dopiero jakby początek.
W miasteczku Vik ja, Sylwia i Arsen wykupiliśmy spacerek po lodowcu Mýrdalsjökull. Cieszyliśmy się jak dzieciaki, bo żadne z nas po lodowcu nigdy nie chodziło. Więc frajda była! Ale zanim wyruszyliśmy na wycieczkę, odwiedziliśmy najbardziej wysunięty na południe cypel Dyrhólaey. Piękne, czarne wulkaniczne klify. Plaża usłana kamykami w kolorach szarości, bieli i czerni. Wzburzone fale rozbijały się o kamyczkową plaże tworząc miły dla ucha, relaksujący dźwięk "ruchomych kamyków". Czarna plaża na tle pochmurnego nieba, niespokojne morze, agresywne fale wkradające się w każde zaułki... Mrocznie. Tajemniczo. Pięknie!











Lodowce. My dream!
Kiedyś marzyłam aby je zobaczyć na żywo. I w końcu marzenie się ziściło... Morda cieszyła mi się niesamowicie widząc je z oddali. Choć pogoda skutecznie odstraszała, nic i nikt nie mógł mnie zatrzymać. Na największy lodowiec Islandii Vatnajökull już się nie załapaliśmy, ale załapaliśmy się na spacer po Mýrdalsjökull. Lodowiec ten jest czwartym pod względem wielkości lodowcem Islandii, równie piękny jak pozostałe. U jego stóp znajduję się wulkan aktywny wulkan Katla. Wrażenia? Czad! Mogłabym tak chodzić bez końca ;) Big respect for nature!


{ foto by Kasia }






Z każdym kilometrem zbliżaliśmy się do miejsc co raz bardziej turystycznych i skomercjalizowanych.... Więcej ludzi, bardziej wszystko pod turystów - sklepiki z pamiątkami, małe kanajpy. Zdecydowanie lepiej się czułam w miejscach bardziej "dzikich". Kolejnym punktem na naszej trasie był wodospad. Jakby że inaczej. Na samej Isnalndii jest ponad 10000 wodospadów!!! 10000!!! A my widzieliśmy może 0.2% tego co ten kraj ma do zaoferowania! 
Skógafoss równie niesamowity jak wszystkie pozostałe wodospady, które widzieliśmy. Spada z ogromną siłą w 25 metrową przepaść w otoczeniu soczystej zieleni... Warto wdrapać się na samą górę i podziwiać piękno tego cudu natury. Wzdłuż rzeki Skóga ciągnie się malownicza piesza trasa podobno do samego wulkanu Eyjafjallajökull. I w takich sytuacjach plusem są białe noce, bo można wędrować całą noc. Piękne krajobrazy, ujmująca cisza, niesamowity zachód słońca, relaksujący szum rzeki. Sam na sam z przyrodą, myślami i bliskimi współtowarzyszami podróży. W sumie ponad 7km trasy... 











{ photo by Kasia }

Fajnie się zgrało, bo nasza ekipa zamiast "luksusów", wolała nocowanie na łonie natury. Także tym razem zamiast bulić za nockę na polu kempingowym, przejechaliśmy kilka kilometrów i znaleźliśmy jedną z najlepszych miejscówek jakie dotychczas nam się trafiły... Jak się później okazało, nockę spędziliśmy "w nogach" aktywnego wulkanu Eyjafjallajökull. Uuuu, 

Dnia szóstego dość opornie szła nam pobudka, w końcu trochę leniuchowania nam się należy. Śniadanie przy wulkanie, przy pięknym niebieskim niebie usłanym białymi obłoczkami i promieniach słońca smakowało wyśmienicie. Zwykła owsianka w niezwykłym miejscu. Szybkie myju-myju w zimnym górskim potoku, krotka gimnastyka i w drogę....





{ photo by Kasia }


Powoli wbijaliśmy się w touristic zone....
Tłoczniej na drogach, tłoczniej w punktach "must-see". Pierwszym przystankiem był kolejny piękny wodospad, Seljalandsfoss. 




"Tuż za rogiem" wypatrzyliśmy znaki kierujące na Þórsmörk. Kasia wpadła na pomysł abyś ruszyli w tamtym kierunku, oczywiście reszta naszej ekipy ochoczo jej przytaknęła.... Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, co będzie po trasie. Wiedzieliśmy za to jedno - droga off road przed nami. Wytrzepało nas nieźle na kilkukilometrowym odcinku {ręce bolały mnie przez kolejne dwa dni}, zaczęły pojawiać się niegroźne, rwące strumienie. Ale parliśmy dalej, przed siebie, głodni przygody... I się doczekaliśmy. Jeden taki strumyczek, niepozorny, uziemił nas na dobrą godzinę. Na szczęście trafili się dobrzy ludzie, którzy nam pomogli - dwóch chłopaków z Polski, którzy robili co mogli... I jeden uprzejmy, ale małomówny pan z "monster trucka". To właśnie on, bez zbędnych słów, zatrzymał się, wyciągnął grubaśną linę i już za chwilę cieszyliśmy się z pozytywnego zakończenia nieudanej przeprawy przez rzeczkę. Ludzie są na prawdę fantastyczni! 

{ photo by Sylwia }

{ photo by Sylwia }

Nie kontynuowaliśmy dalszej wyprawy do Þórsmörk. Nie chcieliśmy ryzykować, bo wieczorem musieliśmy być w Keflaviku, aby z rana odstawić Sylwię na lotnisko. Adrenalina niesamowita, momentami obawiałam się o stan auta, i czy w ogóle uda nam się go wyciągnąć z tej nieszczęsnej rzeki. No i kto by pomyślał, że na środku dzikiej Islandii spotkamy tak sympatycznych Polaków :) Świat to jest jednak malutki!

Po drodze zajrzeliśmy do Keldur, gdzie znajduję się stara nordycka wioska z torfowymi domkami, malutki biały kościółek i uroczy cmentarz z cudownym widokiem na highlandy. Kiedyś już wspominałam, że bardzo lubię cmentarze. I te tutaj na Islandii są wyjątkowe piękne. Zobaczcie sami!










Po Keldur skierowaliśmy się prosto na Keflavik. Po drodze mijaliśmy malutkie miasteczka, wsie, soczyste doliny z pięknymi krajobrazami, autostopowiczów. Kuce i roztrzepane owce z dzieciakami. Nasza podróż po Ring Road powoli dobiegała ku końcowi, a ja już za nią tęskniłam... Za bezkresem, pustką, dzikością... 

Reyjkavik & Snæfellsnes Peninsula here we come!



Koniecznie zajrzyjcie do Kasi z kanoklik - do wygrania super skarby z Islandii! Zapraszam na zabawy u niej na blogu :) A ja już od jutra będę nadawać z Danii, ale tylko przez niecałe 3 tygodnie....


Stay tuned...
Żaneta



czwartek, 10 lipca 2014

Islandia part V | W stronę najbardziej deszczowego zakątka Islandii



Kolejny dzień.
Kolejne przygody.
Kolejne przemierzone kilometry w tej niesamowitej krainie...





Po śniadanku w Höfn ruszyliśmy drogą nr.1 przed siebie odkrywać niesamowite lodowce. Na pierwszy przystanek zatrzymaliśmy się zaledwie kilka kilometrów za miasteczkiem, przy jednym z jęzorów największego lodowca Islandii Vatnajökull. Lodowiec ten zajmuje 1/3 powierzchni kraju, jest na prawdę potężny. My, zwykli śmiertelnicy widzimy niewiele - ogromne jęzory, które wdzięcznie  otulają góry. Było to moje pierwsze, bliskie spotkanie z tym cudem natury i nie jestem w stanie opisać mojej wielkiej radości z możliwości zobaczenia na żywo tego miejsca. 








Pogoda się pogarszała, coraz bardziej mżyło. A my mieliśmy coraz bliżej do wyczekiwanego przez wszystkich jeziora lodowego Jökulsárlón. Po dotarciu na miejsce krajobraz, który przebijał się przez "mleko" przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Skąpane w ciemnej wodzie, przykryte popiołem ogromne bryły lodu w turkusowym odcieniu mozolnie dryfowały w spokojnych wodach jeziora. Pomimo tego, że nie byliśmy w stanie zobaczyć tego miejsca w całej okazałości to i tak każdy z nas był wniebowzięty. Bajka! 








W drodze do Vik natrafiliśmy na bardzo ciekawe miejsce - Laufskálavarða. Jest to grzbiet lawy, która pochłonęła w 894 roku mieszczącą się w tym miejscu farmę Laufskálar. Była to pierwsza odnotowana erupcja wulkanu Katla. Koniecznie zatrzymajcie się w tym miejscu, bo osobę która ułoży swojego kamiennego trolla spotka szczęście na drodze :) ja z Sylwią pozostawiłyśmy po sobie ślad... I mogę przyznać, szczęście na drodze Nas nie opuszczało!   






Powoli zbliżaliśmy się do najbardziej deszczowego zakątka Islandii, a dokładnie do miasteczka Vik w którym mieszka zaledwie 300 osób. Ciekawostką jest to, że w 1991 roku bazaltowa plaża tego miasteczka znalazła się w czołówce najpiękniejszych plaż świata według amerykańskiego magazyn "Islands Magazine". Jak już wspomniałam Vik jest najbardziej deszczowym miasteczkiem na Islandii. Deszczu pada tutaj trzy razy więcej niż w Reykjaviku i 5 razy więcej niż w Akureyeri. Oczywiście i nas przywitał deszcz... :) Pomimo tego, że pada tutaj nadzwyczaj często, wioska prezentuje się bardzo uroczo. Malutka, ze skromnymi i kolorowymi domkami, to prawdziwa ostoja dla osób ceniących spokój i ciszę. A spacery tą niesamowicie czarną plażą w takiej mrocznej pogodzie potrafią wprowadzić w filmowy klimat prosto z dobrego kryminału... 














Tutaj napiszę małe sprostowanie. Do Vik dotarliśmy dzień wcześniej, pod wieczór. Strasznie padało, było mgliście i pogoda nie zachęcała do spacerów - dlatego miasteczko zostawiłam na koniec tego wpisu. Zmęczenie dawało się we znaki, bo każdy kierowca wie, że w deszcz i mgły jeździ się ciężej. Potrzebowałam porządnego wypoczynku w normalnym łóżku i ciepłej kąpieli. Zdecydowaliśmy się na małą przekąskę w lokalnej restauracji, gdzie Arsen zamówił tradycyjną islandzką przystawkę - fermentowanego rekina grenlandzkiego HÁKARL. Jedno wam powiem - nie przypominam sobie, abym kiedyś jadła coś tak obrzydliwego jak to. Fuj! Jak dla mnie to szkoda kasy! Smaku nawet nie potrafię nawet opisać słowami... Śmierdzi okropnie amoniakiem. Z czystym sercem za to, mogę polecić islandzką zupkę rybną z owocami morza. 

Pogoda nie tylko nam pokrzyżowała plany. Wiele osób z namiotami zdecydowało się na nocleg w hostelach, hotelach czy kwaterach prywatnych. W hostelu Gestihus Arsalir znaleźliśmy dwa ostatnie miejsca. Dzięki uprzejmości Właścicieli miałam okazje skorzystać z darmowego noclegu, bo zgarnęłam ostatnie łóżko. Jednak "trolle" postawione w Laufskálavarða robią co do nich należy :)




A takie widoki mijaliśmy po drodze do Vik....
Pięknie...




Nasz szczęśliwa gromadka w drodze.... HAPPY :)



Już wkrótce zabiorę Was na przechadzkę po lodowcu....

Cdn...


Stay tuned!
Żaneta