wtorek, 1 lipca 2014

Islandia part III | Trzeci dzień w drodze - wieloryby, Húsavík, Mývatn & Jarðböðin



Trzeci dzień w drodze.
Drugi dzień na Rind Road.


Za sobą mieliśmy już dobre 600km. Dobry wynik, więc daliśmy na luzy bluzy. Bez napięć skierowaliśmy się na Húsavík, gdzie obowiązkowo zaliczyliśmy obserwacje wielorybów. Trasa tego dnia prezentowała się o tak, nic nadzwyczajnego, ale wierzcie mi - działo się. Oj, działo :) 





Pierwsza nocka w aucie dość znośna. Pewnie gdyby nie białe noce, spałoby mi się lepiej. Dałam radę :). Czarna mycka którą dorwałam na wyprzedaży za dyszkę sprawdziła się w tej sytuacji genialnie - robiła jako klapka na oczy :D. Było zimno. Mgliście. Zastanawiałam się czy wszędzie tak już będzie? Ponieważ miejscówka nie była taka fajna jak nam się wydawało na początku, zdecydowaliśmy się ruszyć przed siebie. Po kilku kilometrach mgła powoli ustępowała pięknej słonecznej pogodzie. Uffff, dzięki wielkie za to. 

Widoki jak z pierwszej okładki National Geographic! Niesamowite! Te góry pokryte śniegiem, na tle niebieskiego nieba! Bajka! Boże jaka ta północ jest piękna! Aż żal się stąd ruszać!





Punkt na śniadanie - spokojna dolina, którą powoli przemierzaliśmy. Tuż przy górskim strumyczku rozłożyliśmy koc, jedzonko i korzystaliśmy z tej wolnej chwili w tym cudownym otoczeniu. Oczywiście owsianka z owocami u mnie to mus :) Bez owsianki nie jadę :D

photo by Sylwia :) 

Húsavík to mała rybacka wioska położona w zatoce Skjálfandi, słynąca z obserwacji wielorybów. Obowiązkowy punkt dla miłośników tych przecudownych ssaków. W miasteczku żyje zaledwie 2500 mieszkańców, a większość trudni się rybołówstwem. Znajdziecie tutaj małe przytulne restauracyjki z lokalnymi potrawami, sklepiki z rękodziełem, uroczy drewniany kościółek z 1907 roku {podobno jest to najładniejszy kościół w całej Islandii} . Miło i spokojnie. Latem  Húsavík cieszy się 24-godzinnym dniem {nie wiem z czego tutaj się cieszyć, jak jest widno 24 na dobę, na dłuższą metę to zabójstwo}, natomiast zimą jest tu ciemno na okrągło. Depresja murowana!





Urocza gromadka dzieciaków przygotowywała się do bierzmowania. Ksiądz nadzwyczaj wesoły Pan, ustawił wszystkich  do próbnego zdjęcia, a później poprosił mnie o pstryknięcie kilku fotek, abym swoim okiem oceniła czy tak może być. Jak uważacie, może być?? Bo ja jestem na tak!



Firm które trudnią się wypływaniem na obserwację jest kilka. Co za tym idzie, ceny też są różne. My zdecydowaliśmy się na na Gentle Giants, dali największą zniżkę dla grupy :) Koszt takiej imprezy to 8000 ISK czyli 52 euro od osoby. Wierzcie mi wypad warty każdej kasy. 3 godziny w morzu, podziwianie tych niesamowitych zwierzaków, w drodze powrotnej gorące kakao i islandzki faworek. 

Sylwia na pokładzie Sylvii :)
Na pokładzie mieliśmy okazję poznać zwariowanych i przesympatycznych muzyków ze znanej islandzkiej grupy folkowej Hymnalaya. Co za pozytywnie zakręceni ludzie! Photo by Arsen :)






Sio mgła, sio! 

Malutki Húsavík widziany z pokładu naszej łajby. W tle góry Kinnarfjöll i łąki łubinów ;)

Przepełnieni wrażeniami i bliskimi spotkaniami z humbakami, ruszyliśmy dalej w stronę wodospadu Goðafoss. Wodospad bogów, bo tak brzmi jego nazwa z islandzkiego, jest podobno najbardziej spektakularnym wodospadem na Islandii. Kaskada wody rzeki Skjálfandafljót spada z wysokości 12 metrów. Robi wrażenie! 






Jezioro Mývatn okazało się dla nas nie do zdobycia. A to za sprawą okropnych i wszędobylskich much! Chyba nigdy i nigdzie nie widziałam tych upierdliwych stworzonek tyle jak w tych rejonach. Nie na darmo ktoś nadał taką nazwę temu miejscu. Mývatn to z islandzkiego nic innego jak "jezioro much", które niestety podziwialiśmy z wnętrza auta. Na mijanych fermach pracujący ludzie nosili specjalne siatki na twarzy, aby chronić się przed chmarą tych "potworków". Nawet porządnych zdjęć człowiekowi nie dały zrobić... Jezioro piękne, szkoda tylko że nie odkryte..



Okolice Mývatn. Przepiękne widoki! 



Jak wiecie ominęliśmy rozsławioną na cały świat Blue Lagoon, na korzyść czegoś zdecydowanie lepszego. Mniej komercyjnego i turystycznego. Bardziej spokojnego, dzikiego, wręcz odludnego. Kilka kilometrów za jeziorem Mývatn zjeżdżając z głównej drogi nr. 1 znajdziecie Mývatn Natural Bath "Jarðböðin". Wstęp dużo tańszy niż na Niebieskiej Lagunie, kosztuje tylko 3500 ISK czyli ok. 23 euro. W porze letniej popluskacie się w ciepłej, miejscami aż gorącej wodzie aż do północy. Atmosfera świetna! Widoki na okolice zapierają dech, szczególnie o zachodzie słońca! 

Zdjęcie z instagrama... Sorki za jakość ;)




Z takim widokiem jak wyżej, wypoczęci po prawie czterogodzinnym moczeniu w wodach geotermalnych poszliśmy spać... Na parkingu w otoczeniu zastygniętych pól law.... Czego chcieć więcej??? Islandio, I love you!


Cdn...

Stay tuned...
Żaneta

8 komentarzy:

  1. Brakuje mi już normalnie ochów i achów nad tą bezczelnie piękną krainą! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z powyższym w 100 %! Czy już mówiłam, że się znęcasz? :-) Wszystko wygląda tak pięknie, że szok!

      Usuń
    2. Znęcam się ??? No co wy dziewczyny, może troszeczkę ;) Musicie się uzbroić w cierpliwość bo poznęcam się jeszcze przez jakiś czas ;)

      Usuń
  2. Islandia kusi mnie od dawna, a Ty jeszcze nieźle zaostrzyłaś mi apetyt ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha :) i będę zaostrzać jeszcze przez jakiś czas ;)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że kupiłam :) jakby mogła nie kupić, takie cudo! :) już się nie mogę zimy doczekać :D

      Usuń
  4. Kurde, a u mnie to tylko foki można podziwiać, zobaczyć na własne oczy wieloryba to dopiero wrażenia.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że tutaj zajrzałaś/zajrzałeś!
Rozgość się....