sobota, 2 sierpnia 2014

Islandia part VII | Półwysep Snæfellsnes



Pożegnaliśmy Sylwię wcześnie rano... 
Żal tracić takiego kompana podróży. Zawsze obok mnie, wytrwale przemierzała każdy kilometr. 
Karmiła, pocieszała, rozmawiała, i rozśmieszała. LOVE YOU SYL! To the moon and back...


Po krótkim, 24h odpoczynku w Reykjaviku, gdzie spędziliśmy nockę w super klimatycznym hostelu Kex, ruszyliśmy ponownie przed siebie odkrywać kolejne "zakamarki" Islandii. 
Golden Circle to jedna z najbardziej rozsławionych atrakcji Islandii. Obok lodowców, puffinów, Ring Road, highlandów czy zachodnich fiordów... Jeśli chodzi o mnie, to wrażenia na mnie nie zrobiła. Może to deszcz który padał od rana, może więcej ludzi dookoła, może pobliskiej restauracje i sklepiki z pamiątkami, może za duża komercja... Nie wiem, ale miejsce mnie nie zachwyciło. Po tym co widziałam TAM, to tutaj wydało mi się takie proste, bez wyrazu i oklepane. Fajnie tak popatrzeć na gejzery, ale żeby od razu się zachwycać tym wszystkim... Nie, sorry widziałam cudowniejsze, piękniejsze i odbierające mowę miejsca niż to.

Golden Circle znajdziecie w południowej części Islandii. Zajmuję on powierzchnię ok. 300km. Trzy główne "must-see" przystanki po trasie to Park narodowy Þingvellir {który niestety, przez okropną ulewę, nie udało nam się zobaczyć choćby z auta}, wspomniane pole geotermalne Geysir i wodospad Gullfoss. Kiedyś planuję wrócić na Islandię, i mam ogromną nadzieję, że następnym razem pogoda będzie bardziej przyjaźniejsza do zwiedzania, bo Parku Narodowego nie podaruje. Muszę to zobaczyć...





Gejzer Stokkur, największy na Islandii, wybucha co 5-6 minut wyrzucając wodę na wysokość około 30 metrów. 






Wodospad Gullfoss w całej okazałości...

Niepogoda skutecznie nas odstraszała. Daliśmy za wygraną i skierowaliśmy się północ na półwysep Snæfellsnes, z nadzieją że tam trafimy na lepszą. W samym sercu dumnie króluje wulkan Snæfellsjökull o wysokości 1446 m n.p.m., który uważany jest za symbol Islandii. Na jego szczycie znajduję się lodowiec, po którym można pospacerować, ale tylko i wyłącznie z doświadczonym przewodnikiem. Przemierzając kolejne kilometry, nie sądziła, że coś jeszcze może mnie tak zachwycić jak dzika Islandia po trasie Ring Road. Ale jednak może... Cały półwysep to spokojne, ciche, usłane fantazyjnymi formacjami lawy miejsce, z uroczymi malutkim miasteczkami, z kolorowymi domeczkami, z groźnie wyglądającym wybrzeżem. Soczysta zieleń skrywa burzliwą i wulkaniczną historię tego regionu, po trasie mijaliśmy sporo nieczynnych i uśpionych kraterów. Czuję respekt to tego miejsca, do natury, do całej Islandii... Bo właśnie tutaj w kraju lodem i ognie płynącym, Matka Ziemia, niespodziewanie może obudzić pokładany swojej nieokiełznanej siły i energii. I my, malutcy ludzie, nigdy nie będziemy w stanie tego dokładnie przewidzieć. A więc przyszli odkrywcy Islandii, miejcie się na baczności, bo Matka patrzy!






Búđir to malutka wioska nad samym wybrzeżem... Nadzwyczaj urocza, choć tego szarego dnia sprawiała wrażenie dość mistycznej i tajemniczej. Główną atrakcją tego miejsca jest śliczny, drewniany kościółek z 1841 roku, gdzie tuż obok znajduje się bardzo klimatyczny cmentarzyk, skąd rozpościera się cudowny widok na okolicę i góry w oddali. Polna droga, która rozpoczyna się przy kościele, biegnie wzdłuż pól postarzałej lawy, która przykryta roślinnością i kwiatkami, sprawia wrażenie baśniowych dolinek w których żyją i chowają się leśne duszki i elfiki. Ścieżki prowadzą nad wody zatoki Faxaflói, której wzburzone fale groźnie i niespokojnie rozbijały się o fantazyjne, czarne lawowe skały. Wszystko to tak do siebie pasowało. Idealne zestawienie. Nawet zachmurzone niebo skąpane chmurami w odcieniu szarości, dodawało niesłychanego klimatu i uroku temu miejscu... 











Większość czasu byliśmy sami na drodze. Co jakiś odcinek mijali nas jacyś turyści lub lokalni mieszkańcy. Spokój, cisza, szum wody i wiatru. Kolejne doliny, klify, plaże w oddali, gospodarstwa rozsiane to tu, to tam. Niebo spowite szarymi chmurami, na szczęście bez deszczu. Odległości między punktami na mapie tutaj prawie nie istnieją. Wszystko jest w zasięgu dłoni, a jazda tutejszymi drogami, to prawdziwa przyjemność. 

Arnarstapi to malutka, rybacka wieś w której zatrzymaliśmy się aby pospacerować i coś przekąsić. Nadzwyczaj spokojnie tutaj, cicho. Kolorowe, parterowe domki sprawiały wrażenie pustych. Podobno jest to popularny "getaway" dla zapracowanych Islandczyków ze stolicy, którzy w tym surowym raju wyładowują stres i złą energię, nazbieraną w ciągu tygodnia pracy. Plażą z czarnym piaskiem, gdzie znajdują się ciekawe formacje skalne, można dostać się do oddalonej o jakieś 10km kolejnej rybackiej wioski Hellnar. 







Malarrif, Þúfubjarg i Lóndrangar. Właśnie tutaj Islandia zaskoczyła mnie ponownie. Bardzo pozytywnie oczywiście. To tutaj powiedziałam głośne "WOW"! Zdjęcia nie potrafią oddać piękna tego miejsca, ale i tak obrazują wiele. Ruiny "naturalnego, skalnego zamku" Lóndrangar wkomponowane w czerń klifów idealnie nadawałyby się na miejsce dla jakiegoś filmu o nordyckich dzielnych wojownikach. Są do pozostałości po wielkim kraterze, którego pochłonęła i dalej zżera erozja. Stanęłam jak wryta, aparat zawisł na szyi, i delektowałam się tym miejscem przez kilka dobrych minut. Całą sobą. Magia!








Na półwyspie spędziliśmy weekend. 
Przespaliśmy się nad jeziorem, rozmawiając do północy, popijając gorącą herbatę. Z rana, ogarnęliśmy co trzeba i ruszyliśmy przed siebie. Mijaliśmy cudowne miejsca, piękne krajobrazy towarzyszyły nam na każdym kilometrze. Od czasu do czasu słoneczko dzielnie przebijało się przez szare chmury. Zakochałam się w malutkich, czystych, kolorowych wioskach gdzie ludzie żyją swoim życiem, i korzystają z uroków jakie ono im daje. A na pewno jest czasami ciężko. Kiedy pada i wieje tygodniami, kiedy jest szaro i ciemno... A jednak, podejścia do życia można im pozazdrościć. Z uśmiechem witają cię w sklepach czy knajpkach. Z uśmiechem mijają na ulicy. Fajni ludzie, bez dwóch zdań. W niedzielę, przed powrotem do Reykjaviku spędziliśmy kilka godzin w Stykkiskólmur, w miasteczku tak uroczym i ślicznym, że postanowiłam poświęcić mu osobny post. Bo warto. Wierzcie mi... i już nic więcej nie napiszę. Do usłyszenia wkrótce...








Cdn..

Stay tuned...

Żaneta

7 komentarzy:

  1. jeśli kiedyś wybiorę się na islandię (a wybiorę się, bo to jedno z top marzeń-celów), to Twoje wpisy będą absolutnym numerem jeden - przewodnikiem i wskazówką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ewo bardzo. No i życzę ci tttttttttttttttaaaaaaaaaakkkkkkkkkkkkkkkkkkk mocno tej podróży na Islandię!
      Na pewno się kiedyś uda ;) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. ależ tam pięknie na półwyspie Snæfellsnes .. te czarne skały wybrzeża niesamowite .. a na #4 od doły widzę siebie z plecakiem maszerującego po tych otwartych przestrzeniach .. uwialbiam takie perspektywy
    ... hihi a patrząc na niebeskiw autko przypomniała mi się scena z Secret Life of Water Mitty ... ' Czy macie samochody do wypożyczenia? ' ... ' Tak, chcesz niebieski czy czerwony' :^))
    pozdrawiam bardzo ciepło i ściskam i bardzo dziękuję za te piękne notki, które będą moim przewodnikiem za dwa latka jak los pozwoli ~~~~~~~:^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahah, ale się uśmiałam - rzeczywiście była tam ta scena, zapomniałam o niej. Dobre, dobre! I ja wybrałam niebieski, bo to mój ulubiony kolor. :) Pozdrawiam również Piotr!!

      Usuń
    2. :^))) ... to jest nas dwoje z tym niebieskim Pa :^)

      Usuń
  3. Tajemniczość na 1000 punktów :-) Piękne krajobrazy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się! Surowo, ale nadzwyczaj pięknie! Pozdrawiam ;)

      Usuń

Dziękuję, że tutaj zajrzałaś/zajrzałeś!
Rozgość się....