środa, 25 lutego 2015

{ Białą Dacią przez Maroko vol. III } 24h w Essaouira


Essaouira to nadzwyczaj uroczę miejsce, które w planach początkowych miałyśmy potraktować jako sypialnie. Dobić wieczorem, zameldować się w Riadzie, przekimać, rano w pośpiechu przelecieć medynę i pognać dalej na południe. Jak to najczęściej bywa, tak i tutaj plany celowo pokrzyżowałyśmy... 

Auto odebrałyśmy z dość sporym opóźnieniem, przez cholernego przedstawiciela Thrifty, który do obrzydzenia starała się nas zaprosić na kuskus i kawę. Po wielu bezskutecznych próbach zrezygnował z kwaśną miną na twarzy, pożegnał się, a my mogłyśmy w końcu ruszyć w pierwszą marokańską podróżą naszą Dacią. Przebicie się przez większe miasta to naprawdę spory wyczyn, trzeba uważać na wszystko i wszystkich. Styl jazdy Marokańczyków potrafi zadziwiać na każdym jednym kilometrze. To co się dzieje na drogach często woła o pomstę do nieba, a my miałyśmy ponad 2500km do przejechania... Przez Rabat przeleciałyśmy bez większych problemów, na autostradach mogłyśmy odetchnąć z ulgą. Kierowałyśmy się na Casablancę, która leży jakieś 100km od Rabatu. Autostrady w Maroko są płatnę, więc przygotujcie sobie drobniaki. W podsumowaniu końcowym napiszę co i ile kosztuję, więc stay tuned. Nad Casablancą się nie rozczulałyśmy - wpadłyśmy szybko i jeszcze szybciej wypadłyśmy. Południe wzywało, a my nie zamierzałyśmy tracić czasu w tym mieście, bo totalnie nam nie przypadło do gustu.

Z Casy od razu skierowałyśmy się na Essaouire, przez Al-Dżadide i Safi. Z płatnych autostrad przeskoczyłyśmy na lokalne drogi, aby podziwiać widoki i wczuć się bardziej w marokański klimat. Pogoda z każdym przejechanym kilometrem zmieniała się na lepszą. Więcej słońca, temperatura wzrastała. Przejeżdżałyśmy przez miejscowości zniszczone, zaniedbane, biedne, brudne i śmierdzące. A na ulicach sami mężczyźni. Tak jakby kobiet tam w ogóle nie było. Pewnie się domyślacie, że stanowiłyśmy nie lada atrakcję przejeżdżając powoli przez wioski, co bywało w niektórych przypadkach bardzo niemiłe. Co jakiś czas, przy wjeździe i wyjeździe z niektórych miejscowości, porozstawiane są patrole policyjne. Tak więc nie szarżujcie, grzecznie zwolnijcie lub zatrzymajcie się. Najczęściej policjanci, nie chcąc wdawać się w żadne rozmowy, uśmiechną się do Was i pokażą abyście jechali dalej. Godziny leciały, słońce powolutku zachodziło, ściemniało się. Ludzie w Maroko są wszędzie, dosłownie wszędzie. Nie było miejsca, którego nie minęłyśmy nie spotykając kogoś na naszej drodze. Na totalnych odludziach, gdzie nie powinno być nikogo, zawsze ale to zawsze ktoś był. Najgorzej i najstraszniej było o zmroku, kiedy z przydrożnych krzaków ni stąd, ni zowąd pojawiały się zakapturzone "zjawy".... łoooo matko! Ale dałyśmy radę i tutaj - zuch dziewczyny! Przeżyłyśmy i po ok. 7 godzinach jazdy dotarłyśmy do przepięknej Essaouiry. Auto zostawiłyśmy na płatnym parkingu tuż obok medyny i udałyśmy się na wieczorny spacer uliczkami starego miasta w poszukiwaniu naszego Riadu - Dar Afram (jak się okazało, nie mieli już miejsc, ale polecili nam inny gdzie przekimałyśmy się jedną noc, a na drugą wróciłyśmy do Dar Afram). I już wtedy wiedziałyśmy, że zostaniemy tutaj cały kolejny dzień, bo skoro wieczorem to miejsce wygląda tak pięknie, to za dnia musi być wręcz przepięknie. I tak też było... Po całym dniu ostrej jazdy należała nam się wypasiona kolacja. Więc bez słowa sprzeciwu wybrałyśmy się do jednej z knajp, gdzie najadłyśmy się do syta. A jedzenie było nieziemskie - kremowa zupka z dyni ze świeżą kolendrą, kuskus z warzywami (obłędny), a na deser prostota w marokańskim stylu czyli starta marchewka z sokiem z pomarańczy posypana cynamonem. Nasze miny po takiej wyżerce - bezcenne. Czas na upragniony sen...

Poranny gwar dobiegający z ulicy i wpadające promienie słońca postawiły nas równe nogi... Miasto budziło się do życia. Zapowiadał się super dzień, więc czas i na nas. Spakowałyśmy plecaki, przeniosłyśmy się do Dar Afram i udałyśmy się eksplorować miasto. Śniadanie w słońcu - pyszne naleśniki ze świeżym sokiem z pomarańczy - w kawiarence przy jednej z głównych uliczek w medynie skąd mogłyśmy obserwować ludzi zapamiętam na długo. Kiedy brzuszki już będą szczęśliwe, pozwólcie się nogą pogubić w tym labiryncie uliczek - właśnie w taki sposób poznacie takie miejsca najlepiej. Go with flow... Medyna, jak i ludzie, różnili się bardzo od tej w Rabacie. Bardziej przyjazna, zadbana, kolorowa. Więcej turystów, sprzedawcy nie byli tacy nachalni i upierdliwi, mężczyźni też inaczej do nas podchodzi - nie było głupich i niesmacznych zaczepek. Tutaj czułam się dobrze, co pozwoliło mi spokojnie delektować się miastem... 

Essaouira w pełnej odsłonie. 































Raniutko tuż po śniadaniu, które zaserwowano nam na tarasie dachu Dar Afram ruszyłyśmy w stronę Mirleft. Pożegnałyśmy piękną Essaouire szukając dalszych przygód na marokańskich drogach. Spragnione natury i dzikich terenów z wytęsknieniem czekałyśmy na przeprawę Dacią przez góry Atlasu, która miała nastąpić już niebawem... Stay tuned!


With travel love,
Żaneta

środa, 18 lutego 2015

{ Białą Dacią przez Maroko vol. II } Rabat



Nasza marokańska przygoda zaczęła się w mieście Rabat. To tutaj przyleciałyśmy wieczorem 20 stycznia i przeżyłyśmy pierwsze chwile grozy. Tak, dobrze czytacie. Historia rozpoczęła się dość mrocznie... Posłuchajcie...

Na lotnisku zjawiłam się jakąś godzinę wcześniej niż M.. Wygodnie rozsiadłam się na kanapie, czekając na przybycie kumpeli studiowałam przewodnik. Po 21.00 M. pojawiła się z wielkim, promiennym uśmiechem na twarzy. Ruszyłyśmy na miasto, a dokładnie do Sale gdzie miałyśmy zarezerwowany nocleg. Ponieważ wieczorem z lotniska do Rabat nie kursują żadne autobusy, pozostało nam tylko taxi. W przewodniku Lonely Planet wyczytałyśmy że taki kurs kosztuje 250 dirham. Patrząc teraz z perspektywy czasu nasza konwersacja z taksówkarzami była dość śmieszna, ale wtedy do śmiechu nam nie było. Po kilku próbach dogadania się w kilku językach i na migi udało nam się zejść do 200 dirham.

Zapakowano nas do starego, białego mercedesa z panem który "niwszty" nie gadał po angielsku. Odpalił maszynę i ruszył przed siebie, mamrocząc coś pod nosem w niezrozumiałym dla nas języku. Kartkę z adresem Riadu analizował z wielką powagą na twarzy, stwarzając wrażenie kogoś kto nie wie gdzie jedzie... Dojechaliśmy do Salé i tutaj nasze przypuszczenia zaczęły się materializować. Miałyśmy rację - taksówkarz nie ogarniał tematu gdzie jest nasza miejscówka. Pierwsze strachy za nami. Nie muszę przypominać, że było po 22:00, ciemno, my byłyśmy zmęczone i za wszelką cenę chciałyśmy dojechać bezpiecznie na miejsce. Taxi driver nie widząc żadnego problemu zatrzymał się na ulicy, wyszedł z auta, podszedł do mężczyzn którzy stali na rogu, podpytał się o drogę, wrócił do auta zapraszając dwóch z nich do środka na siedzenie z przodu. WTF!!! Wymieniłyśmy przerażone spojrzenia, policzyłyśmy do trzech, kilka głębokich oddechów. Byłyśmy gotowe wyskoczyć z auta... Przejechaliśmy jeszcze krótki odcinek, po czym auto stanęło i kazano nam szybko wysiadać. Taksówkarz poddał nam bagaże i kazał iść za nimi w ciemną, obskurną, wąską uliczkę. W głąb medyny. Pewnie domyślacie się jak się czułyśmy i jakie zakończenia przelatywały nam przez głowę, która pracowała na najwyższych obrotach...  Historia bez happy endu, pełna tego co najgorsze, najstraszniejsze. "Dwie turystki z Polski zaginęły w Maroko" - już widziałam te nagłówki w gazetach. My same, prowadzone przez trzech obcych mężczyzn w głąb starej medyny. Atmosfera jak z dobrego (zależy dla kogo) kryminału. Uliczki długie i ciasne, co rusz skręcające w ciemne i nieznane zaułki. Brudne koty plątające się pod nogami, cicho i pospiesznie czmychające kobiety... Stare marokańskie medyny to na prawdę niezłe labirynty, w których nadzwyczaj łatwo się zgubić. Kto był w Maroko wie o czym pisze... Mężczyźni na czele dyskutowali nie wiadomo o czym, my wystraszone podążałyśmy za nimi. Idziemy prosto, skręcamy w lewo, za chwilę w prawo, znowu prosto, i znowu w prawo.... I voila! Jeszcze tego brakowało. Helloł, nie za dużo efektów specjalnych jak na jeden wieczór, pomyślałam. Przed nami na końcu którejś tam z kolei uliczki, otwarte trzy sklepiki a przy nich około dziecięciu mężczyzn... Serio???? W tamtym właśnie momencie miałam ochotę zawinąć na pięcie i uciekać gdzie pieprz rośnie. Mijając ich, nie obyło się bez komentarzy i pojękiwań w naszą stronę. Na prawdę nie było to przyjemne... To było cholernie okropne, bezczelne i przerażające! Ta przechadzka trwała wtedy wieczność, na drugi dzień okazało się, że w rzeczywistości to kilka minut od większego placu... Jeden z Marokańczyków starał się zagadywać do nas łamaną angielszczyzną, niestety rozmowa zakończyła się na pytaniu skąd pochodzimy. W duchu marzyłam, aby być teraz w swoim pokoju, w łóżku i książką w ręku, plułam sobie w twarz "że też ci się Żaneta Maroko zachciało". I wtedy naszym oczom, na końcu ciemnej, obdrapanej uliczki ukazała się metalowa brama naszego Riadu. Radość, radość, radość przeogromna! Kiedy drzwi otworzyła właścicielka, jakby lekko "podjarana", strach uleciał a serce zaczęło się radować. Przeżyłyśmy! Thanks God! Podziękowałyśmy grzecznie taksówkarzowi, zapłaciłyśmy i w kilka sekund byłyśmy w środku... A tam totalnie inny świat. Baldachimy, marokańskie latarenki, jaskrawe kolory, świeczki, w środku drzewa i krzaczki, i milusiński kot, który wpadał co jakiś czas do naszego pokoju  na darmową wodę z kibla. A co najważniejsze czułyśmy się bezpiecznie. W pokoju, rozłożyłyśmy się na wyrze i gadałyśmy do pierwszej w nocy, co rusz wspominając wcześniejszą przygodę. Do tej pory włos mi się jeży jak tylko o tym pomyślę. 

W nocy przebudziła mnie okropna ulewa, później dobijający się do drzwi kot, a już o 5:00 rano nawoływania z meczetów. Ze zmęczenia i wrażeń przysnęłam ponownie, budząc się po 7:00 do dźwięków mojej ulubionej nuty Dune Dumont "I Got U"... Ahoj przygodo! Czas odkrywać Rabat! Po pysznym śniadanku ruszyłyśmy na miasto.

Rabat to drugie pod względem wielkości miasto w kraju. Tłoczne, głośne, chaotyczne, brudne, różnorodne, zaniedbane w większości. Niby 9% bezrobocia (jak podaje Lonely Planet), a wrażenie jakby pół ludności Maroko było bez pracy. Ludzie są wszędzie, a Medyna upchana wręcz po same brzegi. Pierwsze wrażenia bezcenne. Tutaj nikt nie patrzy na zasady humanitarnego traktowania zwierzaków. Nikomu nie przeszkadza, że mięso leży na brudnych workach oblepione muchami i że każdy je dotyka. Że warzywa i owoce są umorusane, a koty leniwie na nich leżą. Nikt nie założy rękawiczek aby przygotować ci jedzenie. Zapach świeżych pomarańczy miesza się tutaj z kupą czekających do zabicia kur. Tutaj nic do siebie nie pasuje. I jakby tego było mało, musiałyśmy wiecznie się pilnować i stawiać czoła zaczepkom. To właśnie tutaj, po raz pierwszy, poczułam dziwne uczucie przerażenia i ochoty ucieczki z tego miejsca. Jak najdalej od ludzi, gdzieś gdzie będę sama i spokojnie będę mogła złapać głęboki oddech... Było to dla mnie coś nowego, coś czego nigdy przedtem nie doświadczyłam i niestety z każdą jedną wizytą uczucie to narastało... Do takiego stopnia, że musiałam odpuścić zwiedzanie Marrakeszu.

Wracajmy na ulice Rabatu... Jest klimatycznie, jest inaczej, nigdy nie wiadomo czego spodziewać się za rogiem. Marokańczycy jeżdżą jak wariaci, i my wkrótce miałyśmy do nich dołączyć. OMG! Przejście przez ulice to wyższa szkoła jazdy. Serio, przed oczami miałam żegnających się ludzi przechodzących pośpiesznie przez jezdnie z rosyjskich filmików na youtube. Tutaj jest tak samo. Klaksony, klaksony, klaksony. Wszyscy trąbią! A spróbuj ruszyś z malutkim opóźnieniem na zielonym - ha, otrąbią cię wszyscy na około! I rażące w oczy kontrasty na każdym kroku - obok wypucowanego, świecącego nowego Merola pomyka zarobiony młody chłopak w brudnych łachach na osiołku obładowanym towarem. I tak było wszędzie. W Maroko ubóstwo z bogactwem mieszkają na jednej ulicy. 

Miasto można "oblecieć" spokojnym spacerkiem w jeden dzień, według mnie nie ma sensu poświęcać na Rabat więcej czasu. Główniejsze atrakcje - Pałac Królewski, Mauzoleum Muhammada V i Wieżę Hassana czy Medynę, są na wyciągnięcie ręki. My zwiedzałyśmy na kontrolowanym luzie, nie skupiając się za bardzo na zabytkach. Chłonęłyśmy miasto takie jakie jest. A jak już was będą boleć nóżki to zawsze możecie wskoczyć w jedną z dwóch linii Tramway. Bilet na jedną przejażdżkę to koszt 6 dirham. Punktualnie, szybko i bezproblemowo w najgłówniejsze punkty w mieście.

Dawno tyle nie pisałam. Dość. Czas na spacer. 

Mesdames et Messieurs, witajcie w Rabacie!























Na drugi dzień odebrałyśmy auto i ruszyłyśmy w pierwszą samodzielną podróż po marokańskich drogach w stronę Essaouiry. 450km wzdłuż wybrzeża. Był fun! Mijając po drodze rzeczy normalne i nienormalne.... Stay tuned! 


With travel love,
Żaneta

poniedziałek, 16 lutego 2015

{ Białą Dacią przez Maroko vol. I } Wyprowadzenie...


Wypad do Maroko to był spontan. 
Pojawiły się tanie bilety, do lutego miałam wykorzystać ostatni urodzinowy voucher z Ryanair, marzyłam skrycie o słonecznej pogodzie, a przy okazji zeszłorocznego ślubu bliskiej mi osoby poznałam zwariowaną kobitkę, z którą już od jakiegoś czasu planowałyśmy wspólne przetestowanie się w podróży, ot tak na podróżniczą i nie tylko przyszłość. Zaznaczam, że wtedy widziałyśmy się pierwszy raz i spędziłyśmy razem jakieś (zaokrąglając) 24h.... Nie ma co ukrywać - swój wyczuje swojego :) Test zdany bardzo pozytywnie, możemy razem ruszać na koniec świata i jeszcze dalej. Kochana dziękuję ci za super podróż!!! 



Szczecin - Londyn - Rabat. Powrót z Fes. 
Przelot przez Londyn, wpasował się idealnie... I pomimo tego, że 5h spędziłam na lotnisku Stansted czekając na lot do Rabatu, a później nockę w drodze powrotnej do Polski, to i tak po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że kocham Londyn miłością wielką i zapragnęłam pospacerować ulicami tego miasta... Tak więc  pewnie wkrótce tam zawitam. Takie lotniskowe przemyślenia przemęczonej podróżniczki. 
Zanim zacznę serię postów z mojej styczniowej wizyty w Maroko, chciałabym Was wprowadzić delikatnie w temat.

Przejechałyśmy z M. znacznie więcej niż pokazuje google maps. W sumie wyszło jakiej 2600km. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego google wyliczył o 300 mniej. Nie ważne. Jeśli wybieracie się w objazdówkę autem po Maroko musicie wiedzieć, że nawigacja ma się ni jak do realiów. Odległości między miastami, pomimo tego że są niewielkie, godzinowo zabierają dużo czasu - ograniczenia prędkości, stan dróg. Z tego też powodu, nie radziłambym deptać w dechę, aby przyspieszyć podróż z punktu A do punktu B. A powodem tego jest marokańska policja, która jest dosłownie wszędzie. Pochowana po krzakach z radarami, koczująca na takich biednych turystów jak my. Wiem co piszę, bo dwie oryginalne pamiątki z Maroko przywiozłyśmy - 300 dirhamów na głowę za przekroczenie prędkości... "Gdzie tam na takim zadupiu będzie policja, no co ty, depnij Dacii.............Shit!!!! Zwalniaj..... Good morning, driving license please.... Where are you from? Pologne... Ooooo, from Pologne (zadowolenie panów policjantów) its 300 dirham! Cholera jak, skąd oni się tutaj wzięli. Przecież tutaj nic nie ma!!!.........."

No właśnie.... Nic nie ma. Ale zawsze może być policja... Jedziemy sobie przepisowo, 80 na godzinkę, muzyczka łupie, słonko nas ogrzewa przez szybkę, wiatr czochra włosy... Pustka totalna, żadnej żywej duszy. Tylko drzewka od czasu do czasu, trawa, górki, jakieś osioły i owce. Decyzja podjęta. Noga na gaz i lecimy już prawie setkę. I tutaj nagle, wyskakuje Pan w "berecie" i macha lizaczkiem. I.... Resztę znacie. Ok, tutaj było ewidentne przekroczenie prędkości. Ale za drugim razem to już nas wrobiono. Jechałyśmy 60, a ich kamera pokazywała 73... No nic z policją się nawet w Maroko nie wygra. Grzecznie zapłaciłyśmy i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Pamiętajcie o tym, bo za 600 dirhamów wiele już w tym kraju można zdziałać.






Skoro jesteśmy przy temacie czterech kółek to rozłożymy na części pierwsze wynajmem auta. Na 99% przy wyborze najtańszej opcji podstawią Wam Dacię. Nasza była dość sfatygowana, jakby przed chwilą wróciła z trasy. Radzę brać auto ze znanych wypożyczalni, aby uniknąć jakichkolwiek problemów przy odbiorze. Obejrzyjcie auto bardzo dobrze z każdej strony, obfotografujcie i spiszcie uszkodzenia przy agencie (gdyby nie foty, które zrobiłam przy odbiorze auta pewnie pociągnęliby nam cześć depozytu za uszkodzoną przez kogoś szybę). Przygotujcie się też na zamrożenie na karcie depozytu - różnie to bywa, nam o dziwo zamrozili aż 1000 euro. Po za tym wszystko poszło dość sprawnie, Dacia zdała egzamin nawet w Tizi n'Tichka. Paliwo jest tanie, więc nic tylko jeździć. 

Kwestia noclegów została rozwiana na miejscu. Przed wylotem, po kilku rozmowach z M. zdecydowałyśmy, że od czasu do czasu prześpimy się w aucie. Pomysł nie wszedł w życie. Z kilku ważnych powodów, o których poczytacie w kolejnych postach. Napięcie musi być, więc o tym i nie tylko o tym poczytacie w kolejnych postach. Podróżujące samotnie kobiety w takim kraju jak Maroko nie mają łatwego życia... Na porządku dziennym są zaczepki, głupie teksty w nieznanym języku, uśmiechy i chichy, dziwnie brzmiące "syki", spojrzenia które czuło się dosłownie wszędzie gdzie nie poszłyśmy. Jest to na prawdę słabe, męczące, irytujące i cholernie wkurzające. I nie ważne czy to 10-letni chłopczyk, dojrzewający nastolatek czy dziadek koło 50-siątki, większość z nich zachowuję się tam samo. Totalna ignorancja tutaj jak najbardziej wskazana, warto ją przećwiczyć przed wylotem do Maroko.

Transportu publicznego prawie w ogóle nie liznełyśmy. Jedynie tram w Rabacie i taxi z lotniska do Sale. Po licznych rozmowach z przypadkowo spotkanymi osobami w hostelach, wiem że sektor ten działa sprawnie i bez problemu można poruszać się po całym kraju czy to autobusem czy pociągiem. Cenowo takie przejazdy wyglądają zachęcająco, niestety godzinowo mnie już przerażają.. 

Chyba największą niedogodnością okazała się nieznajomość języka angielskiego przez większość Marokańczyków lub nasze zero jeśli chodzi o język francuski. W większości przypadków wychodziłyśmy jakoś na prostą, w niektórych sytuacjach po prostu rezygnowałyśmy. Podsumowujące nie było tak źle ;)


***

Każdy kraj na swój sposób jest dziki. 
Czy to Maroko, Tajlandia, czy europejskie i cywilizowane Niemcy. Coś czego nie doświadczamy na co dzień w naszym rodzimym kraju jest dla nas inne, nieznane, ciężkie do zaakceptowania, niewyobrażalne. Takich momentów w trakcie tej 8-dniowej przeprawy przez Maroko było wiele. Dziwiłam się nie raz, dlaczego nie można tego zrobić tak albo tak. Więcej uwagi, pracy a z niczego można zrobić coś pięknego i niesamowitego. Ludzi, którzy chcą zmian można zmienić. Nauczyć, pokazać, uświadomić. Przejeżdżając przez marokańskie miejscowości miałam wrażenie, że ktoś chciał jakich zmian. Niestety czegoś lub kogoś nie udało się przeskoczyć... Nie będę tutaj gdybać czyja to winna, ludzi czy nie ludzi. Niektórych rzeczy po prostu nie da się zmienić. Coś co dla nas jest nie normalne, na drugim końcu świata będzie normalne. W jednym kraju świnkę morską trzyma się w akwarium i traktuje jak członka rodziny, w drugim smaży się ją na obiad nabitą na kij nad ogniem... I to jest właśnie piękne w podróżowaniu - możliwość poznania i doświadczenia dzielących nas różnic, tych małych, dużych i ogromnych. Tymczasem Maroko mnie zachwyciło i za razem zniechęciło, ale o tym już niebawem....







With travel love,
Żaneta