środa, 18 lutego 2015

{ Białą Dacią przez Maroko vol. II } Rabat



Nasza marokańska przygoda zaczęła się w mieście Rabat. To tutaj przyleciałyśmy wieczorem 20 stycznia i przeżyłyśmy pierwsze chwile grozy. Tak, dobrze czytacie. Historia rozpoczęła się dość mrocznie... Posłuchajcie...

Na lotnisku zjawiłam się jakąś godzinę wcześniej niż M.. Wygodnie rozsiadłam się na kanapie, czekając na przybycie kumpeli studiowałam przewodnik. Po 21.00 M. pojawiła się z wielkim, promiennym uśmiechem na twarzy. Ruszyłyśmy na miasto, a dokładnie do Sale gdzie miałyśmy zarezerwowany nocleg. Ponieważ wieczorem z lotniska do Rabat nie kursują żadne autobusy, pozostało nam tylko taxi. W przewodniku Lonely Planet wyczytałyśmy że taki kurs kosztuje 250 dirham. Patrząc teraz z perspektywy czasu nasza konwersacja z taksówkarzami była dość śmieszna, ale wtedy do śmiechu nam nie było. Po kilku próbach dogadania się w kilku językach i na migi udało nam się zejść do 200 dirham.

Zapakowano nas do starego, białego mercedesa z panem który "niwszty" nie gadał po angielsku. Odpalił maszynę i ruszył przed siebie, mamrocząc coś pod nosem w niezrozumiałym dla nas języku. Kartkę z adresem Riadu analizował z wielką powagą na twarzy, stwarzając wrażenie kogoś kto nie wie gdzie jedzie... Dojechaliśmy do Salé i tutaj nasze przypuszczenia zaczęły się materializować. Miałyśmy rację - taksówkarz nie ogarniał tematu gdzie jest nasza miejscówka. Pierwsze strachy za nami. Nie muszę przypominać, że było po 22:00, ciemno, my byłyśmy zmęczone i za wszelką cenę chciałyśmy dojechać bezpiecznie na miejsce. Taxi driver nie widząc żadnego problemu zatrzymał się na ulicy, wyszedł z auta, podszedł do mężczyzn którzy stali na rogu, podpytał się o drogę, wrócił do auta zapraszając dwóch z nich do środka na siedzenie z przodu. WTF!!! Wymieniłyśmy przerażone spojrzenia, policzyłyśmy do trzech, kilka głębokich oddechów. Byłyśmy gotowe wyskoczyć z auta... Przejechaliśmy jeszcze krótki odcinek, po czym auto stanęło i kazano nam szybko wysiadać. Taksówkarz poddał nam bagaże i kazał iść za nimi w ciemną, obskurną, wąską uliczkę. W głąb medyny. Pewnie domyślacie się jak się czułyśmy i jakie zakończenia przelatywały nam przez głowę, która pracowała na najwyższych obrotach...  Historia bez happy endu, pełna tego co najgorsze, najstraszniejsze. "Dwie turystki z Polski zaginęły w Maroko" - już widziałam te nagłówki w gazetach. My same, prowadzone przez trzech obcych mężczyzn w głąb starej medyny. Atmosfera jak z dobrego (zależy dla kogo) kryminału. Uliczki długie i ciasne, co rusz skręcające w ciemne i nieznane zaułki. Brudne koty plątające się pod nogami, cicho i pospiesznie czmychające kobiety... Stare marokańskie medyny to na prawdę niezłe labirynty, w których nadzwyczaj łatwo się zgubić. Kto był w Maroko wie o czym pisze... Mężczyźni na czele dyskutowali nie wiadomo o czym, my wystraszone podążałyśmy za nimi. Idziemy prosto, skręcamy w lewo, za chwilę w prawo, znowu prosto, i znowu w prawo.... I voila! Jeszcze tego brakowało. Helloł, nie za dużo efektów specjalnych jak na jeden wieczór, pomyślałam. Przed nami na końcu którejś tam z kolei uliczki, otwarte trzy sklepiki a przy nich około dziecięciu mężczyzn... Serio???? W tamtym właśnie momencie miałam ochotę zawinąć na pięcie i uciekać gdzie pieprz rośnie. Mijając ich, nie obyło się bez komentarzy i pojękiwań w naszą stronę. Na prawdę nie było to przyjemne... To było cholernie okropne, bezczelne i przerażające! Ta przechadzka trwała wtedy wieczność, na drugi dzień okazało się, że w rzeczywistości to kilka minut od większego placu... Jeden z Marokańczyków starał się zagadywać do nas łamaną angielszczyzną, niestety rozmowa zakończyła się na pytaniu skąd pochodzimy. W duchu marzyłam, aby być teraz w swoim pokoju, w łóżku i książką w ręku, plułam sobie w twarz "że też ci się Żaneta Maroko zachciało". I wtedy naszym oczom, na końcu ciemnej, obdrapanej uliczki ukazała się metalowa brama naszego Riadu. Radość, radość, radość przeogromna! Kiedy drzwi otworzyła właścicielka, jakby lekko "podjarana", strach uleciał a serce zaczęło się radować. Przeżyłyśmy! Thanks God! Podziękowałyśmy grzecznie taksówkarzowi, zapłaciłyśmy i w kilka sekund byłyśmy w środku... A tam totalnie inny świat. Baldachimy, marokańskie latarenki, jaskrawe kolory, świeczki, w środku drzewa i krzaczki, i milusiński kot, który wpadał co jakiś czas do naszego pokoju  na darmową wodę z kibla. A co najważniejsze czułyśmy się bezpiecznie. W pokoju, rozłożyłyśmy się na wyrze i gadałyśmy do pierwszej w nocy, co rusz wspominając wcześniejszą przygodę. Do tej pory włos mi się jeży jak tylko o tym pomyślę. 

W nocy przebudziła mnie okropna ulewa, później dobijający się do drzwi kot, a już o 5:00 rano nawoływania z meczetów. Ze zmęczenia i wrażeń przysnęłam ponownie, budząc się po 7:00 do dźwięków mojej ulubionej nuty Dune Dumont "I Got U"... Ahoj przygodo! Czas odkrywać Rabat! Po pysznym śniadanku ruszyłyśmy na miasto.

Rabat to drugie pod względem wielkości miasto w kraju. Tłoczne, głośne, chaotyczne, brudne, różnorodne, zaniedbane w większości. Niby 9% bezrobocia (jak podaje Lonely Planet), a wrażenie jakby pół ludności Maroko było bez pracy. Ludzie są wszędzie, a Medyna upchana wręcz po same brzegi. Pierwsze wrażenia bezcenne. Tutaj nikt nie patrzy na zasady humanitarnego traktowania zwierzaków. Nikomu nie przeszkadza, że mięso leży na brudnych workach oblepione muchami i że każdy je dotyka. Że warzywa i owoce są umorusane, a koty leniwie na nich leżą. Nikt nie założy rękawiczek aby przygotować ci jedzenie. Zapach świeżych pomarańczy miesza się tutaj z kupą czekających do zabicia kur. Tutaj nic do siebie nie pasuje. I jakby tego było mało, musiałyśmy wiecznie się pilnować i stawiać czoła zaczepkom. To właśnie tutaj, po raz pierwszy, poczułam dziwne uczucie przerażenia i ochoty ucieczki z tego miejsca. Jak najdalej od ludzi, gdzieś gdzie będę sama i spokojnie będę mogła złapać głęboki oddech... Było to dla mnie coś nowego, coś czego nigdy przedtem nie doświadczyłam i niestety z każdą jedną wizytą uczucie to narastało... Do takiego stopnia, że musiałam odpuścić zwiedzanie Marrakeszu.

Wracajmy na ulice Rabatu... Jest klimatycznie, jest inaczej, nigdy nie wiadomo czego spodziewać się za rogiem. Marokańczycy jeżdżą jak wariaci, i my wkrótce miałyśmy do nich dołączyć. OMG! Przejście przez ulice to wyższa szkoła jazdy. Serio, przed oczami miałam żegnających się ludzi przechodzących pośpiesznie przez jezdnie z rosyjskich filmików na youtube. Tutaj jest tak samo. Klaksony, klaksony, klaksony. Wszyscy trąbią! A spróbuj ruszyś z malutkim opóźnieniem na zielonym - ha, otrąbią cię wszyscy na około! I rażące w oczy kontrasty na każdym kroku - obok wypucowanego, świecącego nowego Merola pomyka zarobiony młody chłopak w brudnych łachach na osiołku obładowanym towarem. I tak było wszędzie. W Maroko ubóstwo z bogactwem mieszkają na jednej ulicy. 

Miasto można "oblecieć" spokojnym spacerkiem w jeden dzień, według mnie nie ma sensu poświęcać na Rabat więcej czasu. Główniejsze atrakcje - Pałac Królewski, Mauzoleum Muhammada V i Wieżę Hassana czy Medynę, są na wyciągnięcie ręki. My zwiedzałyśmy na kontrolowanym luzie, nie skupiając się za bardzo na zabytkach. Chłonęłyśmy miasto takie jakie jest. A jak już was będą boleć nóżki to zawsze możecie wskoczyć w jedną z dwóch linii Tramway. Bilet na jedną przejażdżkę to koszt 6 dirham. Punktualnie, szybko i bezproblemowo w najgłówniejsze punkty w mieście.

Dawno tyle nie pisałam. Dość. Czas na spacer. 

Mesdames et Messieurs, witajcie w Rabacie!























Na drugi dzień odebrałyśmy auto i ruszyłyśmy w pierwszą samodzielną podróż po marokańskich drogach w stronę Essaouiry. 450km wzdłuż wybrzeża. Był fun! Mijając po drodze rzeczy normalne i nienormalne.... Stay tuned! 


With travel love,
Żaneta

4 komentarze:

  1. Widzę, że przygody w taksówkach z lotniska sa marokanską normą ;) - przeczytaj sobie początek mojej przygody z Marokiem, bo tez było nerwowo https://pattravel.wordpress.com/2015/01/24/maroko-fez/ Pozdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to wygląda że to standard :) niezłego stracha miałyśmy :) ale na szczęście wszystko sie dobrze się skończyło!

      Usuń
  2. Czekam na ciąg dalszy !! :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że tutaj zajrzałaś/zajrzałeś!
Rozgość się....