poniedziałek, 13 kwietnia 2015

{ Białą Dacią przez Maroko part VII } Podsumowanie tripa


Będzie szybko, sprawnie i bez zbędnego zrzędzenia.
Nie pałam zbytnią miłością do krajów muzułmańskich, nie czuję się tam dobrze. Tak też było w Maroko - wiecznie czujna i ostrożna, często wkurzona, bo ciągłe zaczepki i wklejone patrzałki facetów źle na mnie wpływały i dość skutecznie podnosiły mi poziom kortyzolu w organizmie. Gdy tylko opuszczałyśmy granice marokańskich miast, czułam się milion razy lepiej. Odżywałam. Zgiełk i tłok miast mi nie służył, natomiast marokańska przyroda jak najbardziej. I jest to jedyny powód dla którego kiedyś wrócę do kolorowego Maroka - Wysoki Atlas czy góry Rif inspirują i pobudzają wyobraźnie...


Teraz do rzeczy. 
Podsumowanie marokańskiej podróży.




PLANNING A TRIP
Trzasnęłyśmy ok. 2600km. Nasza trasa prezentowała się mniej więcej tak jak widać na print screen'ie z google maps. 8 dni to stanowczo za mało na ten kraj. W miarę krótkie odcinki, które w Europie można pokonać w godzinę lub dwie, tam wydłużają się często do połowy dnia. Stan dróg pozostawia wiele do życzenia w wielu miejscach, marokańscy kierowcy też potrafią uprzykrzyć życie, notoryczne kontrole policyjne na wyjazdach i wyjazdach z miast, nie wspominając już o przyczajonych w krzakach policjantach wyczekujących z wytęsknieniem na biednych turystów przekraczających prędkość. Więc pamiętajcie, aby brać poprawki na to co pokazuje wujek Google lub nawigacja, bo nijak to się ma to rzeczywistości. Btw, enjoy driving in Morocco!



FLIGHT
Ryanair ostatnio kusi niskimi cenami w wiele miejsc, także do Maroko. Bilet kosztował mnie ok. 350zł, z przelotem przez Londyn. Przylot do Rabatu, wylot z Fez późno wieczorem. Nocka na Stansted. Z lotniska w Rabat do miasta dostałyśmy się taksówką, po kilkunastominutowych negocjacjach wytargowałyśmy cenę 200 dirham za dwie osoby. 


CAR RENTAL
Wynajęcie maszyny w Maroko wcale nie musi być drogie. Serio, nie rezygnujcie już na początku. Zróbcie research zanim podejmiecie decyzje "auto vs. transport publiczny". Wiele osób napotkanych po drodze, nie wierzyło w cenę jaką zapłaciłyśmy za auto i żałowali, że nie weszli w ten temat głębiej. Auto zarezerwowałam na stronie Economy Car Rentals na tydzień czasu za 190 euro. Podstawiono nam białą Dacię, która zdała egzamin na 5+. Przygotujcie się na zamrożenie depozytu na karcie - kwoty są zróżnicowane. Paliwo tanie, więc nic tylko jeździć!

Autostrady w Maroko są płatne. Jeśli zależy Wam na czasie omijajcie boczne drogi, bo choć kilka dirhamów zostanie w kieszeni to czas niestety wam ucieknie. 


Nasza Dacia - spisała się genialnie na drodze! Choć po podstawieniu auta miałam spore obawy czy podoła naszej trasie. 2600km, bez szwanku, usterek, nawet dała radę na przełęczy Tizi n'Tichka.  



ACCOMODATION
Na początku planowania miałyśmy zamiar nocować od czasu do czasu w aucie. Plan nie wypalił z wielu powodów. Nie rozpaczałyśmy, bo dzięki temu że nocowałyśmy w hostelach poznałyśmy fajowych ludzi. Noclegi w Maroko wcale nie są drogie. Leciałyśmy i sprawdzałyśmy miejscówki z przewodnikiem Lonely Planet. Więc z czystym sumieniem mogę Wam polecić te miejsca:
RABAT - Riad Marlinea 300DH noc + śniadanie
ESSAOUIRA - Dar Afram 175DH noc + śniadanie
ESSAOUIRA - Riad Saltana 125DH noc + śniadanie
MIRLEFT - Camping Erkounte Park 75DH noc 
OUARZAZATE - Hotel Amlal 150DH noc + śniadanie
MARRAKESZ - Equity Point Hostel 145DH noc + śniadanie
CHEFCHAOUEN - Riad Dar Baraka 135DH noc + śniadanie

Noclegi w Dar Afram, Equity Point czy Dar Baraka radzę rezerwować z wyprzedzeniem, bo mają spore obłożenie nawet poza sezonem. Świetne miejscówki, super staff, śniadania też dobre, klimatycznie, a najważniejsze że można spotkać super ludzi!


FOOD
Tutaj nie będę się produkować, bo każdy wie że Maroko to raj dla smakoszy. Nie ważne na jakiej diecie jesteś, znajdziesz tam coś dla siebie. Smaki, przyprawy, zapachy mieszają się tutaj na każdym rogu. Jest kolorowo, jest czasami dziko (jak widziałam, jak w niektórych miejscach robią żarcie to łapałam się za głowę),  smacznie i wyraziście. Marokańska whiskey niestety nie przypadła mi do gustu - za mocna i stanowczo za słodka. Ale kuskus z warzywami i hummus - jasna cholera! Niebo w gębie! Desery powalają prostotą, niby marchewka z sokiem ze świeżych pomarańczy a rozwala system! Zaopatrujcie się w świeże owoce i warzywa w medynach, chleb i marokańskie buły też tak kupicie. Pomarańcze i awokado brak słów! I koniecznie spróbujcie smoothie z tych dwóch produktów - jedno z lepszych jakie piłam! A wierzcie co mówię, bo jestem smoothie lover ;) W restauracjach też można wyhaczyć super deal - zupka, drugie danie, deser w cenie 65DH. Wieczorami grzeszyłyśmy, bo bez deseru nie kładłyśmy się spać.. Więc w ruch szły naleśniki z owocami, miodem lub figowym musem, wspomniana marchewa z pomarańczami posypana cynamonem, suszone figi i daktyle.... Lubię minimalistyczną, prostą kuchnię!
Będąc w Chefchaouen koniecznie zajrzyjcie do restauracji MORISCO - według Lonely Planet najlepsza w mieście, co osobiście potwierdzam!



Dziękuję za uwagę!
Jeśli macie pytania odnośnie Maroko, chętnie pomogę więc piszcie. Gdyby coś mi się jeszcze przypomniało, na pewno uaktualnię podsumowanie. A teraz czas na planning nowego tripa, a wyruszam już w ten piątek. 


With travel love,
Żaneta


czwartek, 2 kwietnia 2015

{ Białą Dacią przez Maroko vol. VI } 50 shades of blue - Chefchaouen


Zdjęcia z Chefchaouen zobaczyłam po raz pierwszy na blogu Uli.
Wiedziałam, że przy okazji mojej wizyty w Maroko jest to miejsce KTÓRE muszę zobaczyć, nie ważne co - niech się wali, niech się pali, muszę tam być. W Essaouirze spotkałyśmy dwie sympatyczne Polki z dzieciakami, który zwiedzanie Błękitnego Miasto nie wypaliło ze względu na niepogodę. Nie zrażone widmem deszczu i przenikliwego zimna zostawiłyśmy Chefchaouen na koniec naszego tripa. Była to wisienka na torcie tej podróży....

Z Marrakeszu wspólnie z Tylerem wyruszyliśmy po śniadaniu. Przed Nami spory odcinek drogi do przejechania. Około 400km (wliczając pogubienie na trasie) czyli  w marokańskich warunkach zajęło nam to jakieś 7-8 godzin... Do miasta zajechaliśmy wieczorem, głodni i zmęczeni, choć w dalszym ciągu gotowi na exploring. Udało Nam się zgarnąć ostatnie trzy wyrka w super hostelu. Szybki unpack, zbiórka i na miasto coś wszamać...

Kolacja trafiła nam się wyśmienita! Niebo w gębie! Będąc w Maroko koniecznie skosztujcie awokadowe smoothie z sokiem ze świeżych pomarańczy! Wymiata! Na deser wieczorny spacer uliczkami niebieskiej medyny. Niesamowite miejsce... Chefchaouen przyciąga masę turystów, więc jeśli cenicie sobie  spokojne spacery bez przepychania to warto wybrać się przed lub po sezonie. Niebieskość w każdym odcieniu jest tutaj wszechobecna. Powala każda jedna uliczka, która wyłania się zza każdego roku. Nawet obdrapana ściana w błękitnym kolorze ma tutaj niesamowity urok. Rozwieszone pranie targane wiatrem na tle jasnoniebieskich ścian staję się nadzwyczaj pięknym elementem zdjęcia. Leniwe koty, snują się błękitnymi uliczkami tak jak lokalni mieszkańcy. Sklepikarze dostali od nas dużego plus za brak natarczywości i za sympatyczne podejście do turystów w ogóle, czego brakuje ulicznym sprzedawcom z Rabatu, Casablanki czy Marrakeszu. Miasto leży na wysokości 600 m n.p.m. w pięknych górach Rifu. Droga do miasteczka jest kręta i nadzwyczaj malownicza. Błękit nieba genialnie komponował się z błękitem ścian, posadzek, drzwi, okien, mebli... Naprawdę można poczuć się tutaj jak Smerf :)

Chefchaouen to raj dla fotografów, amatorów i profesjonalistów. Chyba nie da się tutaj zrobić złego zdjęcia... Uliczki medyny są pokręcone, łatwo się w nich zatracić ale ciężko się w nich pogubić, bo zawsze prowadzą do głównego placu. Koniecznie się zgubcie, podążajcie za "marokańską, lokalną falą". I kosztujcie błękitną magię tego miejsca.









Każda uliczka prowadzi do głównego placu Plaza Uta el-Hammam gdzie znajdziecie klimatyczne restauracje, kawiarenki, sklepiki z rękodziełem i z bublami "Made in China". Głodni? No to koniecznie zajrzyjcie do restauracji Morisco - pysznie, miło i nie drogo! Zajmijcie miejsce na tarasie, zamówcie smoothie i obserwujcie z góry upływający Marokańczykom czas. A jeśli będziecie mieli ochotę z chillout'ować się już tak konkretnie, no to lokalny kif będzie jak znalazł. Nie musicie szukać, samo was znajdzie. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi... :D






Jak widać w Błękitnym Mieście nie da się za długo wysiedzieć. Nogi aż się proszą o spacery. Nie ma co się dziwić, takie miejsca to prawdziwe perełki warte każdej wydreptanej ścieżki. Jeśli lubicie nietypowe pamiątki to wiaderko z błękitną farbą prosto z Chefchaouen to idealny prezent. Sprzedają je w wielu miejscach, obok magnesów, pocztówek i marokańskich dywanów.




















Był to ostatni dzień naszej podróży. 
Wieczorem miałyśmy wylot z Fez do Londynu, gdzie czekała nas "szalona nocka" na lotnisku i poranny wylot do Szczecina dla mnie, a dla M. do Wrocławia. Pożegnaliśmy to cudowne niebieskie miasto, ruszyliśmy w drogę powrotną przez malownicze góry Rifu. Odstawiłyśmy w Fez i pożegnałyśmy sympatycznego Ty, który przez najbliższe kilka dni kontynuował swoja marokańską podróż a z początkiem lutego wracał do śnieżnej Kanady. 

Maroko, wrócę kiedyś do Ciebie... Obiecuję!







Nasza ekipa ostatniego dnia! 

Magdaleno, Słońce Ty moje, oby więcej takich wspólnych podróży! 
Z kim jak z kim, ale z Tobą to i na koniec świat mogę jechać :*:* 

Ty, it was awesome to meet you & travel together last days in Morocco! You are such a cool guy. 
Hope to see you in Canada one day :) 
Did your Mom liked the carpet??? :D




A po Świętach spodziewajcie się podsumowania! 
Happy Easter Folks :*

With travel love,
Żaneta