środa, 27 maja 2015

[ KRETA part III ] Kolimvari & Kissamos


Pierwszy poranek na Krecie przywitał Nas słońcem i temperaturą powyżej 20 stopni. Cholernie dobrze obudzić się w połowie kwietnia w takim klimacie... Ciało chłonie ciepło jak gąbka, głowa wietrzy się z zimowo-jesiennej pluchy, każda szara komórka raduje się z takiej aury. Nie narzekaliśmy na pogodę. Dopisywała każdego dnia. Nic więcej do szczęścia Nam nie brakowało...

Balos to podobno najpiękniejsza plaża na Krecie. Niestety, z kilku powodów, nie udało nam się na nią dotrzeć. Przynajmniej będzie po co wracać. Ale nie o Balos miałam pisać, tylko od Kolimvari i Kissamos. Są to dwie przeurocze nadmorskie miejscowości właśnie po trasie na Balos. Warto się w nich zatrzymać, pospacerować po urokliwie obskurnych uliczkach, przysiąść na kawę lub świeżutki sok pomarańczowy i tak jak lokalni wyłączyć się. Odwiedzając te miasteczka w niedzielę, kiedy wiele sklepów jest pozamykanych, na uliczkach mały ruch, turystów też jak na lekarstwo było strzałem w dziesiątkę. 

Malutka rybacka wioska Kolimvari leży 25 km od Chanii, dostaniecie się tam autobusem za grosze. Cichutka, położona nad samą wodą z pięknymi look'iem na góry. Tuż przy promenadzie w spokoju można delektować się widokami w jednej z wielu knajpek, popijając lub zajadając lokalne specjały. Możecie być pewni - relaks gwarantowany! A jeśli przepadacie za aktywnie spędzanym czasie to spacer wzdłuż plaży ciągnącej się kilometrami będzie idealnym rozwiązaniem. Miasteczko sprawiało wrażenie uśpionego, jakby opuszczonego... Tylko koty i gęsi przy wodzie, i jakiś stary Kreteńczyk w czerni od czasu do czasu wyłaniał się zaa rogu... Cicho, cicho szaaa... 












15 km za Kolimvari leży Kissamos. Miasteczko większe, ale tak samo urokliwe jak to poprzednie. I równie opuszczone i spokojne. Nie wiem czy to dlatego, że niedziela, że przed sezonem, a może powodem było co innego... Nie ważne. Ważne, że było pięknie. Bardzo nam się podobało. Człowiek może w spokoju chłonąć wszystko to co go otacza. Tą nadzwyczajną ciszę od czasu do czasu przerywaną przez jakiegoś młodego wariata na hałaśliwym motorczymś (czasami żałuje, że nie można nosić ze sobą broni... ehhh ). Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Jeśli szukacie wypadu na Balos to właśnie stąd wypływają promy. To tutaj uderzycie na szutrową drogę jeśli macie 4x4. Nawet nie wiecie jak biłam się z myślami czy czasami i ja nie powinnam ruszyć naszym "prykiem"... Ale z Rodzicami na tyłach nie było żadnych opcji na takie ryzyko. Odbije sobie, na pewno. Wiele sklepików w centrum było zamkniętych na amen - tak jakby właściciele zostawili swój dobytek i czmychnęli gdzie pieprz rośnie. Na zawsze. Sklepy obuwnicze z kilkucentymetrową warstwą kurzu, zamknięte na cztery spusty sklepy z pamiątkami, opuszczone pracownie krawieckie. Sklepy niczyje, sklepy duchy. Smutnie to wyglądało... Może w sezonie jest tam inaczej. Może wszystko budzi się do życia??!! Póki co nie będzie dane mi tego sprawdzić.
Pogubcie się w uliczkach, nie ważne gdzie zboczycie z trasy zawsze wrócicie w to samo miejsce czyli na plac Janakaki z małą kapliczką, fontanną pod platanami. To jest serce miasteczka. To tutaj kipi kissamoskie życie lokalnych i turystów którzy przesiadują w klimatycznych restauracjach czy knajpkach popijając frappe. To tutaj skupia się życie mieszkańców, to tutaj spotykają się mężczyźni i kobiety na plotki. A skoro na jedzeniu się zatrzymałam to osobiście mogę polecić Aeras Cafe - pysznie i nie drogo. 
Serio, fajne te kreteńskie miejscowości. Dobrze się tam czułam, jakbym była w domu. Jest klimat, jest przyjemna atmosfera. Uśmiech od ucha do ucha i do przodu. 




Z Tatą...



Na zdjęciu po prawej wejściówka do Aeras Cafe, oczywiście można wygodnie rozsiąść się na sofach po drugiej stronie. A niżej to co mieliśmy okazję szamać w ich wykonaniu. Mówię wam - niebo w gębie!









Wystawa zdjęć na całej długości głównej ulicy.
Fajnie tak popatrzeć jak to się kiedyś ludziom żyło...





O zmierzchu dotarliśmy do Maleme.
Niebo było takie piękne. W kolorach fioletu. Wieczorny spacer brzegiem morza ukoił zmęczenie, umysł i duszę. Uwielbiam szum wody, szum liści na wietrze, szum wiatraków. Wieczór był piękny, te zachody słońca siedzą mi w głowie do dzisiaj. Przechadzka ta okazała się dopełnieniem tego cudownego dnia, pełnego cudownych wrażeń, uniesień, ahów i ohów. A to był dopiero początek exploring'u... Dopiero w drodze poczuję się spełniona. Ściskając kierownice, wrzucając kolejne biegi, słuchając dźwięków silnika. Czuć wiatr we włosach i mijane kilometry na liczniku. 


Z Mamą...




Stay tuned... wkrótce wracam!
With travel love,
Żaneta

sobota, 16 maja 2015

[ KRETA part II ] Spacerując ulicami Chanii



Nie mieliśmy planu na Chanię... Najzwyczajniej w świecie postanowiliśmy się pogubić w labiryncie uliczek.
Słonce tego dnia skryło się za chmurami, więc był to idealny dzień aby odkryć największe miasto Krety. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę autobusem. Transport publiczny jest bardzo tani na Krecie, więc przez pierwsze dni na wyspie poruszaliśmy się autobusami. Za bilet w dwie strony z Maleme do Chanii zapłaciliśmy 2.30€. Maleme leży jakieś 20km od Chanii, ale przejechanie trasy zajmuje trochę czasu z wiadomych powodów. Więc trzeba uzbroić się w cierpliwość, plusem jest droga która biegnie przez oblegane, turystyczne miasteczka wzdłuż wybrzeża skąd rozpościerają się fajne widoki na zatokę.


Ale wróćmy do uroczej Chanii...












Tak jak pisałam wyruszaliśmy bez planu. Chodziliśmy za falą ludzi. Pod koniec kwietnia miasto powiedzmy, że świeci pustkami, nie było tylu turystów i człowiek mógł spokojnie przechadzać się ulicami starego miasta. Przepiękna starówka z kolorowymi kamienicami, tawernami, kawiarniami i masą sklepików w których buszują turyści i wydają kasę na "kreteńskie" pamiątki made in China. Prześliczny stary port wenecki, który od północy otacza bezkres Morza Kreteńskiego robi wrażenie. I oczywiście jest to punkt obowiązkowy Chanii. Zatrzymajcie się na chwilę, przysiądźcie na ławeczce. Weźcie głęboki oddech... Albo lepiej! Kawa w jednej z kawiarenek przy samej wodzie smakuje wybornie i wcale nie jest drogo! Espresso, słońce, ciepła bryza... Czego chcieć więcej???!!!











Bardzo polubiłam uliczki starego miasta Chanii. Zachęcają do spacerowania, a tym bardziej to fotografowania - bo nawet najbardziej obskurna chata wygląda tam jak top model architektury. Przystrojone kwiatami domki nabierają kolorów. Sklepików tutaj co nie miara! Najbardziej urzekły mnie te z rękodziełem, więc jeśli cenicie sobie oryginalne pamiątki hand made to tutaj na pewno znajdziecie ich pod dostatkiem. 









Co warto zobaczyć w Chanii?? 
Miasto ma do zaoferowania kilka muzeów - Muzeum Morskie, Bizantyjskie, Historyczne, Wojska czy Archeologiczne. Warta uwagi jest Forteca Firka skąd rozpościera się przepiękny widok na wschodnią cześć portu. Po wschodniej stronie znajdziecie Meczet Janczarów, który został zbudowany w 1645 roku. Niedaleko od meczetu znajdują się odrestaurowane po IIWW Arsenały - Wielki i Weneckie. W tych drugich do dnia dzisiejszego budowane są tradycyjne drewniane łodzie. Koniecznie zajrzyjcie na Targ Miejski. Ten piękny budynek na planie krzyża zbudowano w 1913 roku na ruinach weneckiego bastionu Piatta Forma. Znajdziecie tutaj ok. 80 sklepików z tradycyjnymi produktami regionu. Skosztujcie sera graviera czy mitzithra, oliwek, górskiej dzikiej zieleniny czy herbaty kreteńskiej... Ale o kuchni pogadamy {popiszemy} później... :) A jak przyciśnie was "mały głód" to jest to idealne miejsce na szamanko! 







Wracając z Targu udaliśmy się ponownie do centrum... 
Szwendania i fotografowania nigdy za wiele. Na sam koniec zostawiliśmy to co najlepsze - czy jedzenie. W przewodniku trafiłam na zdjęcie jednej restauracji bez konkretnych zachwalanek. "Tamam" to prosta, nie rzucająca się w oczy tawerna, która znajduję się w starym budynku (zdjęcie #2 poniżej, stoliki z niebieskimi krzesełkami). Spodobała mi się od razu... Miła obsługa, proste menu bez wydziwiania, ceny jak najbardziej ok. Zamówiliśmy cztery startery - grecka sałata, dakos, kalitsunaki z serem i dolmadaki, czyli ryż z ziołami zawijany w liście winogron. Do tego lokalne wino, oliwki i chrupki chlebek. Niebo w gębie! A na deser !totalnie za free! dostaliśmy po kawałku pysznego ciacha i piersióweczkę raki. Serwis pierwsza klasa i to wszystko za 30 euro. Polecam Wam "Tamam" z czystym sumieniem! 




Tak serwują w "Tamam" - przepysznie i prosto!



W cudownych nastrojach wróciliśmy do Maleme. 
Chania to bardzo klimatyczne miasto, spodobało Nam się. Takie na jeden dzień zwiedzania, wszystko tutaj jest pod ręką. Po jednym okrążeniu czułam się jakby znała to miasto od zawsze... Fajne, na prawdę fajne.


With travel love,
Żaneta